3. "Anioł z makijażem"
"Kiedy cię nie ma całe moje złamane serce tęskni za tobą. Kiedy cię nie ma gwarz, którą zdarzyło mi się znać, też tęskni"
CLIFF
Odwiozlem Dawida do domu i wszedlem tam razem z nim. Troche sie denerwowal, bo w koncu Marcin mogl wrocic tutaj w kazdej chwili, ale na szczescie sie nie pojawil.
Siedzialem na brzegu jego lozka i obserwowalem, jak zastanawia sie, co zalozyc. Kiedy zapytalem, dlaczego tak sie tym przejmuje, odpowiedzial, ze za niedlugo reszta rodziny sie dowie, ze jestem gejem i mam chlopaka i chce zrobic dobre wrazenie. Ale przede wszystkim chodzilo mu o to, zeby dobrze wygladac przy moich rodzicach.
Wstalem i powoli do niego podszedlem. Stanalem za nim i objalem w talii, kladac glowe na jego ramieniu i powiedziałem, że dla mnie zawsze wygląda cudownie, a zdanie reszty jest nieważne. On wtedy odwrócił się do mnie i musnął moje usta.
- Już gotowy? - zapytałem stając przed drzwiami łazienki i opierając się o nie.
- Tak - odpowiedział i otworzył drzwi. Wyszedł stamtąd i wyglądał jak anioł. Anioł z makijażem.
Czarne rurki opinały jego zgrabne nogi. Śnieżno biała koszula sprawiała wrażenie, że jest taki grzeczny i niewinny. (Sprawiała, ale dlaczego powiem kiedy indziej). Na niej rozpięta czarna marynarka z głębokim wycięciem w talii. Cudowny makijaż, który tak bardzo uwielbiałem. Czarna kredka do oczu, cień do powiek podkreślały jego błękitne oczy. Uwielbiałem, i nadal uwielbiam, kiedy się dla mnie maluje. Tylko dla mnie.
- Ślicznie wyglądasz - uśmiechnąłem się delikatnie i dotknąłem jego policzka.
- Naprawdę? - zarumienił się słodko.
- Mówiłem, że dla mnie zawsze wyglądasz cudownie...
- Wiem, ale... lubię to od ciebie słyszeć - podszedł bliżej i przytulił się do mnie. Objąłem go w talii, a on położył swoje dłonie i głowę na mojej klatce piersiowej. Wtuliłem twarz w jego włosy, ale żeby ich nie zepsuć. Jak zawsze były idealnie ułożone.
- Tęskniłem... - powiedział cicho i wtulił się we mnie mocniej.
- Wiem, mały, ja też. Bardzo - głaskałem go po plecach, żeby przyzwyczaił się do tego, co robimy. Trudno było mu powiedzieć, że tęsknił i z tym, że byliśmy w tej chwili tak blisko. Chciałem dodać mu trochę pewności siebie.
- Naprawdę? - podniósł głowę i spojrzał na mnie, nadal mocno przywierając do mojego torsu.
- Naprawdę - uśmiechnąłem się lekko i ucałowałem czubek jego nosa. Odpowiedział mi nieśmiałym uśmiechem.
- Wykorzystujesz to.
- Niby co? - Udawałem głupiego. Chyba że wcale nie muszę.
- Rumienię się, kiedy całujesz mnie w nos.
- Jesteś wtedy taki uroczy, tak jak zawsze.
- A ty głupi.
Niedługo potem wyjechaliśmy w stronę domu weselnego. Dojechaliśmy po trzydziestu minutach. Zanim wysiedliśmy, spytałem jeszcze.
- Denerwujesz się?
- Odrobinę. Nie wiem, co pomyślą twoi rodzice, kiedy mnie zobaczą...
- Nie musisz. Nawet nie wiedzieli, że się rozstaliśmy.
- Nie odzywałem się dwa tygodnie, nic nie pomyśleli? - Wciąż pytał. Westchnąłem ciężko.
- Miejmy nadzieję, że nie.
- Teraz nie jestem do końca pewny, czy to dobry pomysł...
- Wszystko będzie dobrze. Ale jeśli nie chcesz, odwiozę cię.
- Naprawdę nie musisz. Chodźmy już może... - Posłał mi lekki uśmiech.
- O nic się nie martw, nic się nie stanie - odpowiedziałem mu uśmiechem, pogłaskałem go po udzie i wysiedliśmy.
Otworzyłem mu drzwi, żeby ludzie już wiedzieli, że nie przyjechałem z kolegą, a kimś więcej.
- Wiesz co? Sam mogłem otworzyć te drzwi.
- Nie narzekaj.
Zażartowałem i wziąłem go za rękę. Poprowadziłem w stronę moich rodziców, którzy rozmawiali z panem młodym. Urozmaicenie, żeby nie powtarzać ciągle "mój brat", albo "John". W końcu dzisiaj jest też panem młodym.
- Melduję się - powiedziałem, bo tak kazał mi tata, jeśli znów przyjadę. Pracował jako wojskowy.
- O, jednak przyszedłeś. I widzę, że nie sam. Miło cię widzieć, Dawid - powiedział i skierował się potem do Dawida.
- Mnie również - uśmiechnął się i uścisnęli sobie dłonie.
- Dawno was razem nie widzieliśmy - odezwał się John. - Co się zmieniło?
- To, że jednak zdecydowałem się przyjść. Nie byłem do końca przekonany.
- Ale mój braciszek cię przekonał, widzę - uśmiechnął się do nas. Nie dałem mu odpowiedzieć, bo sam to zrobiłem.
- Jak zawsze.
- Na jak długo zostajecie? - Zagadnęła moja mama.
- To zależy od tego, kiedy ta królewna będzie chciała wracać - postanowiłem być dla niego wredny w miły sposób, to przecież możliwe.
- Głupi jesteś - odpysknął od razu.
- Kiedy taka prawda. Królewno...
Chwilę z nimi zostaliśmy, aż John porwał na parkiet swoja nowa żonę. Rodzice zajęli swoje miejsca przy stole, a my poszliśmy za ich przykładem.
- Mógłbyś przestać z tą królewną przy ludziach.
- Może i mógłbym, ale słodko wtedy się rumienisz, nie oszukujmy się.
- Ale, nie oszukujmy się, nazywasz królewną chłopaka, czyż nie? Czy zapomniałeś, że nim jestem?
- Nie, nie zapomniałem - objąłem go ramieniem. - Ale ty chyba zapomniałeś, że lubię cię tak nazywać - odwrócił głowę w moja stronę, a ja wykorzystałem to i go pocałowałem. Spojrzał na mnie zawstydzony.
- Tak, uwielbiam cie zawstydzać - uśmiechnąłem się zadziornie i pociągnąłem delikatnie dolna wargę Dawida.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz