poniedziałek, 24 listopada 2014

Rozdział 3

3. "Anioł z makijażem" 

    "Kiedy cię nie ma całe moje złamane serce tęskni za tobą. Kiedy cię nie ma gwarz, którą zdarzyło mi się znać, też tęskni" 
CLIFF 
    Odwiozlem Dawida do domu i wszedlem tam razem z nim. Troche sie denerwowal, bo w koncu Marcin mogl wrocic tutaj w kazdej chwili, ale na szczescie sie nie pojawil. Siedzialem na brzegu jego lozka i obserwowalem, jak zastanawia sie, co zalozyc. Kiedy zapytalem, dlaczego tak sie tym przejmuje, odpowiedzial, ze za niedlugo reszta rodziny sie dowie, ze jestem gejem i mam chlopaka i chce zrobic dobre wrazenie. Ale przede wszystkim chodzilo mu o to, zeby dobrze wygladac przy moich rodzicach. Wstalem i powoli do niego podszedlem. Stanalem za nim i objalem w talii, kladac glowe na jego ramieniu i powiedziałem, że dla mnie zawsze wygląda cudownie, a zdanie reszty jest nieważne. On wtedy odwrócił się do mnie i musnął moje usta. 
    - Już gotowy? - zapytałem stając przed drzwiami łazienki i opierając się o nie. 
    - Tak - odpowiedział i otworzył drzwi. Wyszedł stamtąd i wyglądał jak anioł. Anioł z makijażem. Czarne rurki opinały jego zgrabne nogi. Śnieżno biała koszula sprawiała wrażenie, że jest taki grzeczny i niewinny. (Sprawiała, ale dlaczego powiem kiedy indziej). Na niej rozpięta czarna marynarka z głębokim wycięciem w talii. Cudowny makijaż, który tak bardzo uwielbiałem. Czarna kredka do oczu, cień do powiek podkreślały jego błękitne oczy. Uwielbiałem, i nadal uwielbiam, kiedy się dla mnie maluje. Tylko dla mnie. 
    - Ślicznie wyglądasz - uśmiechnąłem się delikatnie i dotknąłem jego policzka. 
    - Naprawdę? - zarumienił się słodko. 
    - Mówiłem, że dla mnie zawsze wyglądasz cudownie... 
    - Wiem, ale... lubię to od ciebie słyszeć - podszedł bliżej i przytulił się do mnie. Objąłem go w talii, a on położył swoje dłonie i głowę na mojej klatce piersiowej. Wtuliłem twarz w jego włosy, ale żeby ich nie zepsuć. Jak zawsze były idealnie ułożone. - Tęskniłem... - powiedział cicho i wtulił się we mnie mocniej. 
     - Wiem, mały, ja też. Bardzo - głaskałem go po plecach, żeby przyzwyczaił się do tego, co robimy. Trudno było mu powiedzieć, że tęsknił i z tym, że byliśmy w tej chwili tak blisko. Chciałem dodać mu trochę pewności siebie. 
    - Naprawdę? - podniósł głowę i spojrzał na mnie, nadal mocno przywierając do mojego torsu. 
    - Naprawdę - uśmiechnąłem się lekko i ucałowałem czubek jego nosa. Odpowiedział mi nieśmiałym uśmiechem. 
    - Wykorzystujesz to. 
    - Niby co? - Udawałem głupiego. Chyba że wcale nie muszę. 
    - Rumienię się, kiedy całujesz mnie w nos. 
    - Jesteś wtedy taki uroczy, tak jak zawsze. 
    - A ty głupi. Niedługo potem wyjechaliśmy w stronę domu weselnego. Dojechaliśmy po trzydziestu minutach. Zanim wysiedliśmy, spytałem jeszcze. 
    - Denerwujesz się? 
    - Odrobinę. Nie wiem, co pomyślą twoi rodzice, kiedy mnie zobaczą... 
    - Nie musisz. Nawet nie wiedzieli, że się rozstaliśmy. 
    - Nie odzywałem się dwa tygodnie, nic nie pomyśleli? - Wciąż pytał. Westchnąłem ciężko. 
    - Miejmy nadzieję, że nie. 
    - Teraz nie jestem do końca pewny, czy to dobry pomysł... 
    - Wszystko będzie dobrze. Ale jeśli nie chcesz, odwiozę cię. 
    - Naprawdę nie musisz. Chodźmy już może... - Posłał mi lekki uśmiech. 
    - O nic się nie martw, nic się nie stanie - odpowiedziałem mu uśmiechem, pogłaskałem go po udzie i wysiedliśmy. 
    Otworzyłem mu drzwi, żeby ludzie już wiedzieli, że nie przyjechałem z kolegą, a kimś więcej. 
    - Wiesz co? Sam mogłem otworzyć te drzwi. 
    - Nie narzekaj. 
    Zażartowałem i wziąłem go za rękę. Poprowadziłem w stronę moich rodziców, którzy rozmawiali z panem młodym. Urozmaicenie, żeby nie powtarzać ciągle "mój brat", albo "John". W końcu dzisiaj jest też panem młodym. 
    - Melduję się - powiedziałem, bo tak kazał mi tata, jeśli znów przyjadę. Pracował jako wojskowy. 
    - O, jednak przyszedłeś. I widzę, że nie sam. Miło cię widzieć, Dawid - powiedział i skierował się potem do Dawida. 
    - Mnie również - uśmiechnął się i uścisnęli sobie dłonie. 
    - Dawno was razem nie widzieliśmy - odezwał się John. - Co się zmieniło? 
    - To, że jednak zdecydowałem się przyjść. Nie byłem do końca przekonany. 
    - Ale mój braciszek cię przekonał, widzę - uśmiechnął się do nas. Nie dałem mu odpowiedzieć, bo sam to zrobiłem. 
    - Jak zawsze. 
    - Na jak długo zostajecie? - Zagadnęła moja mama. 
    - To zależy od tego, kiedy ta królewna będzie chciała wracać - postanowiłem być dla niego wredny w miły sposób, to przecież możliwe. 
    - Głupi jesteś - odpysknął od razu. 
    - Kiedy taka prawda. Królewno... 
    Chwilę z nimi zostaliśmy, aż John porwał na parkiet swoja nowa żonę. Rodzice zajęli swoje miejsca przy stole, a my poszliśmy za ich przykładem. 
    - Mógłbyś przestać z tą królewną przy ludziach. 
    - Może i mógłbym, ale słodko wtedy się rumienisz, nie oszukujmy się. 
    - Ale, nie oszukujmy się, nazywasz królewną chłopaka, czyż nie? Czy zapomniałeś, że nim jestem? 
    - Nie, nie zapomniałem - objąłem go ramieniem. - Ale ty chyba zapomniałeś, że lubię cię tak nazywać - odwrócił głowę w moja stronę, a ja wykorzystałem to i go pocałowałem. Spojrzał na mnie zawstydzony. - Tak, uwielbiam cie zawstydzać - uśmiechnąłem się zadziornie i pociągnąłem delikatnie dolna wargę Dawida.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz